» » » Kartka z podróży: BIG BEND – Burza

Kartka z podróży: BIG BEND – Burza

BIG BEND - Rio Grande w kanionie
BIG BEND – Rio Grande w kanionie

Nazwa BIG BEND komuś, kto pierwszy raz ją słyszy, kojarzy się ze słynną wieżą zegarową w Londynie. Ta jednak poprawnie nazywa się Big Ben. Natomiast BIG BEND, to leżący na granicy z Meksykiem największy park narodowy Teksasu. Po polsku nazwa ta brzmiałaby “Wielki Łuk” lub “Wielki Zakręt”, a bierze się ona stąd, że płynąca aż z Kolorado rzeka Rio Grande wpada na południu na wiele górskich pasm i dużym łukiem kieruje się na wschód, by w końcu oddać swoje wody Oceanowi Atlantyckiemu. Ten artykuł opowie o tym pięknym zakątku Teksasu w trzech częściach. Dzisiaj część o tym jak tam dojechaliśmy…

Mapa naszej trasy do BIG BEND
Mapa naszej trasy do BIG BEND

Naszą przygodę z BIG BEND zaczynamy w San Antonio. Przed nami cztery wolne dni, więc pakujemy się do RV Bus (autobusu kempingowego), doczepiamy Jeep’a i… w drogę. Do Big Bend z San Antonio można w zasadzie pojechać dwoma trasami: albo autostradą I-10 na zachód, w kierunku granicy z Nowym Meksykiem, a potem w Fort Stockton skręcając ostro na południe drogą 385 lub też pojechać od razu drogą nr 90 na zachód, przez Del Rio i dojeżdżając do miasteczka Marathon, skręcić na południe w tę samą 385. Ja polecam tą drugą trasę, jest zdecydowanie bardziej malownicza, przez kilka godzin przed dotarciem do BIG BEND widać w oddali piękne pasma górskie.

Wyjechaliśmy z San Antonio późnym przedpołudniem. Przed nami 380 mil (około 610 km) i około 7-8 godzin jazdy. Prawdopodobnie nie dotrzemy na noclego do samego BIG BEND, nasz cel to miasteczko Marathon, tam poszukamy RV Park. Pogoda jest piękna. Mimo październikowych dni, jest ciepło i słonecznie. W czasie jazdy każdy zajmuje się tym co lubi. Jedni czytają, ktoś ogląda film, ja wyszukuję ciekawych krajobrazów do zrobienia zdjęć. Najtrudniej ma nasz kierowca, ale on chyba to lubi…

Po trzech godzinach jazdy docieramy do Del Rio. To ostatnie bardziej cywilizowane miasto na tej trasie przed dotarciem do BIG BEND. Będą jeszcze malutkie miasteczka ze stacją benzynową i jakąś restauracją, ale w Del Rio są ostanie HEB czy Walmart. Uzupełniamy więc zapasy wody i świeżego jedzenia. Zaraz za Del Rio wydaje nam się, że na horyzoncie coś błyska. Chyba nie burza, bo jedziemy w pełnym słońcu. Żadna prognoza nie zapowiada zmian pogody. Jednak po pół godzinie przekonujemy się, że gdzieś tam przed nami jest burza. Dziwne. Bo nad nami ani jednej chmurki, ale na horyzoncie widać dziwny wał z chmur, czyli prawdopodobnie zbliża się jakiś gwałtowny front atmosferyczny. Błyski trwają przez następne półtorej godziny i już teraz widać, że nie unikniemy tej burzy. Trochę nam miny rzedną, bo obiecywaliśmy sobie zwiedzanie pustyni w BIG BEND, a podczas deszczu to raczej niemożliwe.

Burza...
Burza…

Zbliżamy się do Sanderson, przynajmniej tak pokazuje nam GPS, a dziwna pogoda narasta, jak nieustające preludium przed czymś naprawdę groźnym! Niebo nad nami nadal jest czyste, ale uzyskało dziwny zielonkawy kolor, a chmury tuż przed nami jawią się jako wielkie buro-żółte poduchy. Nad nimi zaś wisi dziwny, ciemnoszary i granatowy bardzo długi wał zrolowanych chmur, który rozciąga się wzdłuż całego horyzontu… Z tego ciemnego wału co kilka sekund tryskają błyskawice na całej jego długości, a niektóre wcale nie dochodzą do ziemi lecz uderzają w te wielkie żółto-bure poduchy. Wygląda to jak walka tytanów!

Powyższy filmik jest tylko animowaną symulacją, ale oddaje grozę naszej sytuacji.

Przed nami jedzie kilka ciężarówek i tiry. W pewnej chwili wszystkie one skręcają na pobliską stację benzynową, nagle, nawet bez użycia migaczy. Dało to trochę do myślenia, ale pojechaliśmy dalej, wprost pod te kłębiące się chmury i… Przed nami nagle, jakby na pstryknięcie palców, wyrasta ściana! To grad! Ale nie taki, jak znaliśmy z Polski. To była istna ulewa, tyle, że zamiast wody padał lód. Już teraz wiemy dlaczego kierowcy ciężarówek tak nagle zjechali na zadaszoną stację benzynową. Wszyscy mieli CB radio. My nie. Po pół godzinie postoju na poboczu i ustaniu gradowej ulewy oceniamy straty. Rozbite okna dachowe w autobusie, uszkodzony lakier na Jeep’ie. Nie jest tak źle, ale dalej nie jedziemy. Decydujemy się na nocleg na parkingu stacji benzynowej. No, to do rana…

Dalszy ciąg za dwa tygodnie.

Kartkę z podróży napisał: Envoy

 

Obserwuj Editor:

Ostatnie wpisy

Jedna odpowiedz

  1. Evita
    |

    Super artykul, napisany prosto z zycia, a najlepszy jest krotki film z podrozy. Polecam!

Komentarze zostały wyłączone.