» » » Ksiądz Marian na wojnie

Ksiądz Marian na wojnie

wpis w: Ludzie, Nominacje | 1

SalwatorOd redakcji: W ramach naszej akcji NOMINACJA MIESIĄCA publikujemy otrzymane od NOMINOWANEGO, ks. Mariana Piekarczyka materiały. Tym razem jest to artykuł o nim samym pt.: “Ksiądz Marian na wojnie” opublikowany w “Magazynie Katolickim Salwator”. Oddajemy głos:

Jedna z ciekawszych wizyt w ostatnim czasie w naszym klasztorze w Krakowie Zakrzówku. Człowiek w sile wieku, słusznej postury, serdeczny uśmiech, błysk w oku (jakby Pan Bóg zapalił iskierkę), na pewno nie wygląda na swoje półwiecze życia. Ma 13 dni urlopu. Przyjechał prosto z bazy spod Bagdadu, gdzie posługuje amerykańskim żołnierzom. Nie mogę nie skorzystać z okazji, żeby nie zapytać Go o potrzebę czy zbyteczność obecności księdza w warunkach wojennych. Ale może po kolei… Ks. Marian Piekarczyk urodził się w Paczółtowicach koło Krzeszowic. Wyświęcony na kapłana w Zgromadzeniu Salwatorianów w roku 1980, po sześciu latach pracy w Polsce wyjechał do Stanów Zjednoczonych.

– Jak to było z księdza wyjazdem do Stanów Zjednoczonych?

W 1988 r. wyjechałem do San Antonio, gdzie zacząłem pracować w polskiej misji katolickiej, ale tam byłem potrzebny tylko na sobotę i niedzielę do odprawienia Mszy św. i przeprowadzenia katechezy więc rozglądałem się za czymś, gdzie mógłbym się dodatkowo zaangażować. Miałem możliwość ukończenia kursu dla kapelanów wojskowych, gdzie jeden z podpułkowników zaproponował mi pracę w jednej z baz wojsk lądowych armii amerykańskiej, a później nawet kontrakt do rezerw armii amerykańskiej, o co już musiałem poprosić księdza prowincjała, a o czym wiedziałem, że tego typu zezwoleń prowincjał zasadniczo nie udziela. Ku memu zaskoczeniu zgodził się, co było dla mnie znakiem, że powinienem w ten apostolat się zaangażować.

– Jak to się stało, że trafił ksiądz do Iraku?

Jeszcze przed oficjalnym wypowiedzeniem wojny Irakowi poinformowano mnie w szpitalu, w którym pracuję, że z całą pewnością ci, którzy należą do rezerwy, zostaną powołani jako pierwsi do wyjazdu do Iraku. Dowiedziałem się jednak, że to najprawdopodobniej nie dotyczy mnie jako księdza, że najpierw pojadą lekarze, pielęgniarki i cała obsada medyczna. Ale tak się nie stało. W tydzień po rozpoczęciu wojny, dostałem przydział do batalionu inżynieryjnego w Little Rock w Arkansas. Miałem trzy dni, żeby się spakować i wyjechać. Po miesiącu szkolenia wróciliśmy do Teksasu, ale już tylko po to żeby bezpośrednio przygotować się do wyjazdu do Iraku.

– W tym momencie już miał ksiądz pewność, że jedzie na wojnę?

No tak…

– Bał się ksiądz?

Właściwie dlaczego miałem się bać? Wiedziałem, że jest niebezpiecznie… Na początku mówili, że będziemy na pierwszej linii. To niewątpliwie spotęgowało stres. Ale powierzyłem wszystko Panu Bogu, że skoro zostałem powołany to muszę tam pozostać i spełnić swoje zadanie. Od samego początku, jeszcze w bazie w Arkansas, wyczuwałem życzliwość żołnierzy w stosunku do mnie i to, że mnie potrzebują i liczą na mnie.

– Jak ksiądz wyobrażał sobie swoje zadania „bojowe”, będąc jeszcze w USA?

Wiesz, to było dosyć trudne. Rozpytywałem, co będzie mi potrzebne, co powinienem zabrać ze sobą. Doradzali mi, ale jakoś nikt nie potrafił powiedzieć konkretnie, co tak naprawdę będzie mi potrzebne. Wiedziałem, że będę potrzebował większej ilość egzemplarzy Pisma Świętego, medalików, różańców. Przygotowałem sporo książek, jako pomoce do kazań, do spotkań z żołnierzami. Przygotowałem nawet całe nagłośnienie, bo wiedziałem, że przecież jednym z głównych moich zadań będzie odprawianie Mszy Św. Wiedziałem również, że ze względu na małą liczbę księży wyjeżdżających do Iraku będę musiał obsługiwać kilka baz, dlatego starałem się zabrać jak najwięcej rzeczy. Przy organizowaniu tego wszystkiego otrzymałem dużą pomoc od dowództwa.

– Czy księdza oczekiwania się spełniły?

Z USA polecieliśmy do Kuwejtu, gdzie wylądowaliśmy 20 kwietnia, w niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego, o godzinie 2. rano. Byłem całkowicie zaskoczony. Wszyscy znaleźli sobie jakieś miejsce a ja zacząłem się zastanawiać: przecież jest Uroczystość Zmartwychwstania, gdzie ja mogę odprawić Eucharystię? Już i tak nie przeżyłem Triduum Paschalnego. Bo właśnie dokładnie od Wielkiego Czwartku byliśmy w podróży: od Teksasu przez Nowy Jork i Niemcy do Kuwejtu. Był to dla mnie trudny moment. Jeszcze nigdy w moim życiu kapłańskim nie zdarzyło mi się, żebym w tych dniach nie przygotowywał i nie przeżywał liturgii Wielkiego Tygodnia. Ale cóż było robić. Poszedłem przespać się do dużego namiotu, w którym bazowali pozostali żołnierze. Nastawiłem budzik na godz. 7.00 i po przebudzeniu poszedłem szukać kaplicy. I co się okazało. Oto odprawiłem piękną celebrę Mszy św. wraz i innymi czterema księżmi: dwoma Amerykanami, z Anglikiem i Nigeryjczykiem. Było obecnych wielu żołnierzy, zwłaszcza pochodzenia meksykańskiego. Następnego dnia zostałem odwieziony do bazy „Camp Pensylvania”, gdzie okazało się, że jestem jedynym księdzem dla 15 tysięcy żołnierzy.

– Kiedy wdrożył ksiądz się w codzienny styl życia bazy w Kuwejcie, jak wyglądał przeciętny dzień pracy?

Codziennie odprawiałem Mszę św., na którą przychodziło sporo żołnierzy. Przez trzy godziny rano i trzy godziny popołudniu dyżurowałem w kaplicy, będąc do dyspozycji żołnierzy, jeśli chodzi o możliwość rozmowy i skorzystania z sakramentu pokuty. Zawsze ktoś przychodził: a to do spowiedzi, a to porozmawiać o swoich problemach, a to zapytać o przygotowania do chrztu św. czy sakramentu małżeństwa. Natomiast w sobotę miałem trzy Msze św. na wyjeździe. Odwiedzałem bazy odległe nawet o trzy godziny drogi i to w dodatku przez pustynię, zawsze z uzbrojoną eskortą. A w niedziele miałem cztery Msze św. Dwie na miejscu i
dwie na wyjeździe. Zawsze przy takich okazjach przynajmniej godzinę przed Mszą św. spowiadałem. I zawsze byli chętni do skorzystania z sakramentu pokuty.

– Mówił ksiądz na początku, że miał ksiądz z sobą egzemplarze Pisma Świętego, różańce, medaliki. Czy to księdzu się przydało?

Wszystko. Żołnierze stale przychodzili, prosząc o rozmowę, o modlitwę, o błogosławieństwo. Wtedy dawałem im to. Niektórym tłumaczyłem jak modlić się na różańcu. Razem z nimi go odmawiałem.

– A jak było już bezpośrednio w Iraku?

Z Kuwejtu przenieśliśmy się do Balaad koło Bagdadu. Po drodze mogłem widzieć, co niesie ze sobą zniszczenie wojenne, aczkolwiek było widać ogromną nędzę, która z pewnością panowała tam jeszcze przed wojną. To są przeżycia nie do opisania.

– Tam już namacalnie doświadczał ksiądz dramatu wojny…

Nigdzie nie mogłem poruszać się sam. Zawsze przede mną samochód z żołnierzami, ja w drugim, razem z moim asystentem i dwoma uzbrojonymi żołnierzami, a za nami jeszcze trzeci samochód z żołnierzami uzbrojonymi po zęby. Roboty miałem pełno od rana do wieczora. Codziennie Msza św. a później spowiedzi, rozmowy, wspólna modlitwa. W bazie była piękna kaplica z Najświętszym Sakramentem. Zawsze ktoś tam był. Żołnierze przychodzili na adorację. Odprawiałem Msze święte również w języku hiszpańskim, bo była duża grupa meksykanów, którzy mieli również swój chór. Trzeba było chodzić do szpitala. Wzywali mnie do rannych żołnierzy. Później zostałem przeniesiony do innej bazy. Bardziej oddalonej od tej poprzedniej, gdzie było 17 tysięcy żołnierzy. Nie było innej możliwości, więc w piątek popołudniu przewożono mnie helikopterem, żebym mógł we wszystkich miejscach odprawić Mszę świętą. Wówczas w każdą sobotę i niedzielę odprawiałem po cztery Msze święte.

– Po tym wszystkim, co ksiądz mówi, już nie mam wątpliwości, że był ksiądz tam potrzebny. Ale co by ksiądz powiedział tym, którzy mają wątpliwości czy ksiądz powinien „bawić się” w wojnę?

Kościół zdecydowanie jest zawsze przeciwko rozlewowi krwi. Ale przecież skoro już dochodzi do działań zbrojnych, to tam są żywi ludzie. Żołnierze, którzy przeżywają lęk o własne życie, gdzieś daleko zostawiają swoich najbliższych. To im jestem potrzebny. Oni potrzebują mojej posługi sakramentalnej: spowiedź, msza św., sakrament chorych. Potrzebują komuś opowiedzieć o swoich obawach, problemach. Gdybym miał możliwość rozpoczęcia od początku, to jako ksiądz od razu zgłosiłbym się do wojska.

– Za kilka dni kończy ksiądz urlop i wraca do Iraku.

Tak. Trzeba będzie się przygotować do powrotu do USA za dwa miesiące. A później, tak jak przedtem posługa w szpitalu i mam nadzieję, powrót do tych wszystkich spraw, które pozostawiłem w Teksasie.

Ksiądz Marian już pojechał do swojej rodziny. Obejrzałem przed chwilą wieczorne informacje. Wojna trwa. Znowu zginęli amerykańscy żołnierze. Może któryś z nich z różańcem od ks. Mariana w kieszeni albo z sumieniem po spowiedzi i rozmowie z ks. Marianem czystym i uspokojonym? On za trzy dni tam wróci dla spełnienia swojego bojowego, może i żołnierskiego, lecz przede wszystkim kapłańskiego zadania.

Wywiad przeprowadził ks. Jan Folkiert SDS

Od redakcji: Wywiad ukazał się drukiem w “Magazynie Katolickim Salwator” już kilka lat temu, ale ponieważ jego treść dość dobrze opowiada nam o sylwetce księdza Mariana Piekarczyka, poprosiliśmy redakcję magazynu o zgodę na jego publikację na naszej stronie. Dziś ksiądz Marian Piekarczyk posługuje teksaskiej Polonii w San Antonio, ale ciągle ma kontakt z wojskiem. Chociażby przez sam fakt, że na niedzielne msze przychodzą polscy piloci szkolący się systematycznie w tutejszej jednostce wojskowej.

Obserwuj Editor:

Ostatnie wpisy

Jedna odpowiedz

  1. Evita
    |

    Ciekawa misja i rzeczywiscie Ksiadz byl na wojnie. Na poczatku nie bardzo wiedzialam o jakiej wojnie mowa i tytul mnie zainteresowal. Niesamowite przezycia i widac ze Kisiadz jest odwazny. Dziekuje za podzielenie sie informacja z zycia.

    Evita.

Komentarze zostały wyłączone.