» » Wywiad z Williamem Samelsonem

Wywiad z Williamem Samelsonem

wpis w: Wywiady | 0

WYWIADYWilliam Samelson jest amerykańskim pisarzem, poetą i filozofem urodzonym w Polsce w rodzinie żydowskiej. Los pokierował jego życiem tak, że dzisiaj osiadł w niewielkim teksaskim miasteczku na północ od San Antonio, Boerne. W wywiadzie próbowaliśmy prześledzić jego drogę z Sosnowca, przez Piotrków Trybunalski, Niemcy aż do Ameryki. William Samelson jest ciągle żywotnym, optymistycznym i – jak sam o sobie mówi – szczęśliwym człowiekiem. Zna 9 języków, poznał wiele krajów tego świata, a teraz dzieli się z nami swoimi talentami.

R: Mieszka Pan w bardzo ładnym miejscu. To przecież Boerne, a ma Pan widok stąd nawet na downtown w San Antonio.
WS: O tak. Dobrze się tutaj mieszka, a widok mnie inspiruje do przemyśleń i do pisania.
R: Chcielibyśmy mieć możliwość porozmawiania na tematy ważne dzisiaj, ale chcielibyśmy zacząć od historii. Pana historii.
WS: Urodziłem się w Polsce, w Sosnowcu, w rodzinie żydowskiej. Mieszkaliśmy na ulicy Modrzejowskiej. Jednakże całe moje dzieciństwo spędziłem w Piotrkowie Trybunalskim, aż do rozpoczęcia II wojny światowej.
R: Bardzo dobrze mówi Pan po polsku!
WS: Nie, nie… Zapominam słowa, a nowych nie znam.
R: No tak, ale chciałem powiedzieć, że Pana polszczyzna, Pana wymowa jest piękna. Dobrze się jej słucha.
WS: Ja myślę, że moja wymowa polska jest naturalna, to jest mój język urodzenia. Mam polski akcent (i dodaje po chwili: “Jeszcze Polska nie zginęła”)
R: A co Pan pamięta z Polski..?
WS: Pamiętam dużo, bardzo dużo. I rzeczy dobre i te niedobre też. Najczęściej okrutne bywały dzieci. Nie wszystkie. Niektóre. Bardzo bolało, kiedy na mnie i mojego brata wołali: “Żydzie, do Palestyny”. Nie rozumiałem tego. Pytałem siebie, dlaczego? Mówiłem: “Ja jestem stąd. Ja się tu urodziłem, moi przodkowie się tu urodzili. Dlaczego mam iść do Palestyny?” Z dorosłymi było różnie. A politycy..? Czuliśmy polityczne wsparcie marszałka Piłsudskiego, on nie popierał rasizmu i antysemityzmu
R: Gdzie zastała Pana wojna?
WS: W Polsce, ale niedługo tam byłem. Zostałem wywieziony z Polski do Niemiec, najpierw do Buchenwaldu, a potem do Sachsenhausen. To był trudny czas, ale o tym napisano już tle książek…
R: Dobrze, zapytam zatem o przemyślenia. Jak to możliwe, że nikt z wielkich światowych przywódców nie wiedział, co działo się w Polsce, co Niemcy tam stworzyli?
WS: To nie było tak, że nie wiedzieli. Polski dyplomata, Jan Karski przyjechał do Ameryki w roku 1940 i miał okazję mówić o tych okropnych rzeczach z prezydentem Roosveltem. Karski powiedział mu o budowanych w Polsce obozach koncentracyjnych i o tym, do czego służyły naprawdę. O tym, że buduje się do nich specjalne tory kolejowe i że to wygląda jak fabryki przemysłowe. Prezydent Roosvelt go wysłuchał, ale nic nie zrobił. To była polityka… I to jest bardzo smutne. Nawet w otoczeniu Roosvelta byli Żydzi, jak minister finansów Henry Morgenthau, którzy nic nie zrobili.
R: Co decydowało o tym, że nawet wielcy tamtego okresu milczeli o tym, co dzieje się w Polsce, w Europie?
WS: Polityka. To było uwikłanie w politykę.
R: Wróćmy do Pana dziejów. Mówił Pan już o swoim aresztowaniu, obozie koncentracyjnym, uwolnieniu przez armię amerykańską. Czy wrócił Pan do Polski?
WS: Tak. Wróciłem w 1946 roku, by szukać rodziny. Miałem wtedy 17 lat. Miałem nadzieję, że kogoś odnajdę. Było bardzo trudno tam się dostać i wyjechać, ale próbowałem.
R: Gdzie Pan szukał?
WS: Przede wszystkim w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie mieszkała moja rodzina.
R: Znalazł Pan kogoś z rodziny?
WS: Nikogo… Matka i moja siostra zginęły w obozie w Treblince. Matka dostała propozycję, dość okrutną, że ją wypuszczą, ale córka musi zostać. Nie zdecydowała się. Siostra miała wtedy 6 lat…
R: Nikogo nie odnalazł Pan wtedy, w 1946 roku. A potem ktoś z rodziny się odnalazł, odezwał?
WS: Tak. Odnalazł się ojciec. On był w polskiej armii, jako sierżant artylerii. Kiedy armia polska znalazła się na terenach sowieckich, zostali aresztowani i zesłani do gułagu. Kiedy jednak Stalin znalazł się w kłopocie i miał za mało żołnierzy, powołał polską dywizję. Dywizję Sikorskiego. Ojciec przyszedł do Niemiec wraz z dywizją Sikorskiego. Przeżył. On był dumny z tego, że był wraz z dywizją Sikorskiego pierwszy w Berlinie. Jednak tam w Berlinie uciekł z armii, by przejść do strefy amerykańskiej. Mówiło się już wtedy, ze Polska została sprzedana Stalinowi.
R: I co wydarzyło się dalej?
WS: Tam spotkał mojego brata. Ja mieszkałem wtedy w Wiesbaden, ale w Polsce w 1946 szukałem rodziny. To nie były przyjemne chwile, bo oczekiwałem, że znajdę kogoś. Byłem w mieszkaniu mojej rodziny w Piotrkowie Trybunalskim i pytałem o moją rodzinę mieszkających tam wtedy lokatorów, ludzi dla mnie obcych. No, byli dla mnie nieprzyjemni. Pytali się: “Czego tu szukasz Żydzie, złota, pieniędzy?”. Byłem zdumiony, nie wiedziałem jak oni się dowiedzieli, że ja jestem Żydem. Ale było też wielu pomocnych Polaków. Ojciec o naszym pobycie w Niemczech dowiedział się z listu od swojej kuzynki, która mieszkała w Anglii. W 1948 roku wszyscy, tzn, ja, mój ojciec i brat, znaleźliśmy się w USA. Trochę mi było szkoda, bo trwała moja nauka na uniwersytecie w Heidelbergu, no ale wszyscy troje byliśmy wpisani na jedną wizę i musiałem pojechać razem z nimi.
R: To przykre co Pan mówi. To, że ludzie mogą się tak zachowywać. Tym bardziej, że mają wspólną historię, wspólne przeżycia, ale i wspólne radości. A jak traktuje się Żydów w Ameryce. Czy jest też problem antysemityzmu?
WS: Miałem trochę idealistyczne wyobrażenie o Ameryce, kiedy oczekiwałem na wyjazd z Niemiec. Jednak w czasie mojego życia tutaj zauważyłem, że ten problem też nie ominął Ameryki. On wypływa tutaj z rasizmu, pobudki są podobne. Bardzo mi było żal, że to idealistyczne wyobrażenie mnie zawiodło.
R: Czy to się ma szansę zmienić? To nastawienie ludzi do piętnowania innych za rasę, za wygląd, za religię?
WS: Uważam, że nadzieją są dzieci. Wszystko zależy od wychowania.Dzieci muszą być wychowywane w duchu miłości, muszą się nauczyć okazywać empatię do innych ludzi. Takie postawy rodzice odpowiedzialni muszą wpajać dzieciom od kołyski. Dzieci chłoną wszystko, to dobre i to złe. Ja myślę, że te zmiany zachodzą. Jestem optymistą, ale takie zmiany w społeczeństwie nie zachodzą szybko. Może za 100 lat..? Niestety, dualizm mamy zakodowany od wieków i trudno go wykorzenić w ciągu jednego czy kilku pokoleń. To przecież zaczęło się jeszcze w czasach Adama, Kaina i Abla. Z jednej strony było dobro a z drugiej zło.
R: Zapytam przy okazji tego, co Pan przed chwilą powiedział, czy jest Pan religijnym Żydem?
WS: Nie. Nie jestem. Wszechświat, to energia. Dla mnie najbardziej prawdopodobne jest to, że to jest Bóg. Ta energia jest Bogiem. We wszechświecie wszystko jest formą energii, nie ma nic innego oprócz energii. Materia też jest energią. I to wszystko jest Bogiem, bo Bóg jest wszystkim. A my, ludzie i stworzenia jesteśmy częścią tej energii, czyli częścią Boga. Odpowiem na to pytanie jeszcze inaczej. Jeśli ktoś mnie pyta czy ja jestem religijny, czy mam swoją religię, odpowiadam, że mam swoją tradycję, żydowską tradycję. I z tej tradycji wybieram to, co dobre.
R: Jaki jest powód takiego życiowego nastawienia do religii?
WS: Niestety, ale zdecydowana większość wojen na świecie, od zamierzchłych czasów, to wojny religijne lub wywołane powodami religijnymi. Powodem jest też zachłanność na bogactwa, pieniądze, ale prestekstem wtedy też bywały powody religijne.
R: Co zatem zrobić? Czy świat finansowy można zmienić?
WS: Mam na to jedno zdanie: “No money!”. Świat bez pieniędzy, to świat bez wojen.
R: Jak sobie to wyobrazić?
WS: Parytetem pieniądza powinna być wiedza, talenty. Ktoś ma wiedzę lub talent w jakiejś dziedzinie, a ktoś w innej. Ludzie wymienialiby się talentami, wiedzą, umiejętnościami, pracą. Mój dziadek był stolarzem, robił meble. Mój ojciec był krawcem, szył ubrania. Kiedy nie było pieniędzy, a przeżyliśmy taki okres, on mógł wymienić swój talent na żywność, na różne inne potrzebne nam rzeczy. Myśmy to przeżyli. To był dobry czas. Mieliśmy tyle, ile człowiekowi potrzebne jest do życia. Nic nie można nam było zabrać, mieliśmy tylko swoje umiejętności i wiedzę. Uważam, że pieniądze gubią świat.
R: Czy zatem nie sądzi Pan, że stoimy u progu jakichś trudnych, ale wielkich zmian? Przecież dzisiaj pieniądz stracił tak na wartości, że wydaje nam się bezwartościowy. Nie jest oparty na złocie, nie ma oparcia w niczym realnym.
WS: Ja sądzę, że już niedługo to się zmieni. Pieniądz bedzie oparty o złoto, być może o ziemię.
R: Co Pan myśli o dzisiejszym świecie?
WS: Prawdopodobnie za jakiś czas będzie dominował kalifat.
R: Myśli Pan, że tak będzie?
WS: Tak. Kalifat urośnie. Zobaczcie tylko jaki procent społeczeństwa w państwach Europy Zachodniej stanowią już muzułmanie. I oni zasilają głównie tych bojowników z ISIS. Ameryka też ma ten problem. W samym San Antonio jest w tej chwili siedem meczetów.
R: Chciałbym zmienić temat i zapytać o Pana twórczość. Wiem, że ma Pan bogaty dorobek. Czy pisał Pan też książki o współczesnych problemach świata?
WS: Tak, właśnie teraz mam taką na warsztacie, właśnie piszę.
R: Kiedy zaczął Pan pisać w ogóle, kiedy zaczęła powstawać pierwsza książka?
WS: Och, to było dość wcześnie. To był 1959 rok, kiedy napisałem pierwszą książkę.
R: Zawsze mnie ciekawiła taka rzecz… Jak to jest, że sięga się po pióro i zaczyna się pisać. No, może nie po pióro, bo widzę, że ma Pan bardzo nowoczesny warsztat, komputery. Ale jak powstaje taka myśl: “Będę pisał.”?
WS: To chyba jest tak, że człowiek chłonie różne informacje, powstają nowe myśli, nowe koncepcje ale w pewnej chwili czujesz, że ten “zbiornik” się przepełnia i chcesz to przelać na papier. Chyba tak właśnie się to zaczyna. A potem już się pisze. I musze powiedzieć, że dla mnie nie musi istnieć konkurencja (competition), aby mnie motywować. Największą konkurencją dla mnie jestem ja sam. Często ze sobą konkuruję. Jeśli jest konkurencja, i Ty się jej poddajesz, to jest wtedy i zazdrość. Zazdrość nie jest dobra. A konkurując sam ze sobą, sam o siebie mogę być zazdrosny…
R: Jaka była Pana pierwsza książka? O czym traktowała?
WS: Pierwszą książkę napisałem o Niemcu, który jak się po jakimś czasie okazało nie był zwolennikiem Hitlera, a można nawet powiedzieć, że nie zgadzał się z jego działaniami i był w opozycji. Poznałem go w Wiesbaden, w gimnazjum. On się nazywał Gerhard Herman. On ciągle w czasie wojny uciekał przed Gestapo. Wtedy żył w taki małym mieście, które nazywało się Mostar. To była Jugosławia. Przyjął wtedy pseudonim i nazywał się Gerhard Herman Mostar. W Wiesbaden graliśmy razem w jednej sztuce, która w tytule miała “Pokój”. Chodziło o to, że główny bohater symbolicznie burzył ściany tego pokoju, by wyzwolić się z zamknięcia. Ja powiedziałem mu (a miałem wtedy 17 lat), że kiedyś napiszę o nim i jego czynach książkę. Nie wierzył mi.
R: A jednak książka o nim i jego historii powstała. Napisał ją Pan.
WS: Tak. Książkę napisałem w 1969 roku. Pisałem ją w Austin, w Teksasie.
R: Ciekawi mnie czy on miał możliwość przeczytać tę książkę..?
WS: Proszę posłuchać. W 1970 roku Ministerstwo Edukacji Niemiec zaprosiło mnie na miesięczne wykłady na uniwersytetach, w tym także na uniwersytecie w Munchen. Tak się złożyło, że on mieszkał wraz ze swoją żoną właśnie w Monachium. Ponieważ miałem przydzielonego kierowcę, toteż podczas moich kolejnych zajęć poprosiłem go, by odszukał mojego książkowego bohatera. I zrobił to. Odwiedziłem go. Niestety on był już w tym czasie mocno chory, na wózku inwalidzkim. Ale dałem mu moją książke o nim, by spełnić swoją obietnicę. Był bardzo zaskoczony, nie wiedział, że ja napisałem książkę o nim. Prawdopodobnie nawet nie wierzył wtedy, kiedy mu to obiecałem.
R: To bardzo ciekawa historia i wzruszająca. Tym bardziej, że uhonorował Pan go swoją pierwszą książką! A jaka była następna książka? O czym traktowała?
WS: Następną książkę napisałem o swoich przeżyciach, o okropnościach wojny, o holokauście. Jej tytuł po polsku: “Wszyscy szukają swoich braci”. Tytuł zaczerpnąłem z Biblii, cytując św. Michała. Zresztą każdy rozpoczynający się w tej książce rozdział rozpoczyna się biblijnym cytatem.
R: Jak często sięgał Pan po pióro, albo pytając inaczej, jak często wychodziły Pana książki?
WS: Praktycznie co roku oddawałem do wydawcy jedną książkę. Miałem też dłuższą przerwę, ale tak to było, że co roku była nowa książka. Była też książka, której pisanie zajęło mi 7 lat. Ukończyłem ją w 2003 i ma tytuł “Ostrzeżenia i nadzieja”. W tej książce ostrzegam, ale mam ciągle nadzieję. Nadzieję na dobro tego świata.
R: Jak to u Pana wygląda? Kończy Pan książkę i jest przerwa, czy już ma Pan nowy temat po zakończeniu ostatniej ksiązki?
WS: Och nie! Nie ma przerwy! Rzadko piszę jedną książkę. Czasem piszę dwie, a czasem trzy książki na raz. To jest tak, że kiedy czuję, że pojawia się ciekawa treść w mojej głowie, siadam i piszę.
R: Ile Pan książek w sumie napisał?
WS: Teraz mam wydanych 29 książek.
R: A czy zdradzi nam Pan co w tej chwili ma Pan na wydaniu, co się następnego ukaże?
WS: Jeszcze w marcu ukaże się książka pod tytułem “World Class Assassins And Their Victims” (po polsku: “Światowej klasy zabójcy i ich ofiary”). Mogę dodać, że ksiązka opisuje ludobójstwo na świecie. To mniej i bardziej wyrafinowane.
R: Bardzo dziękujemy za poświęcony nam czas w imieniu naszym i naszych czytelników. Mam na koniec jedno, nurtujące mnie pytanie. Czy po tym wszystkim co Pan przeszedł w życiu, jest Pan optymistą?
WS: Jestem optymistą! Kiedy wstaję rano i oddycham, jestem też najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

William Samelson - optymista i człowiek szczęśliwy
William Samelson – optymista i człowiek szczęśliwy

Wywiad przeprowadzili w imieniu redakcji (R) i pytania zadawali: Evita, Lucy i Ziggy

Obserwuj Editor:

Ostatnie wpisy
Komentarze zostały wyłączone.